Dzielenie się zabawkami – dlaczego nie zawsze warto do tego namawiać

„Podziel się z koleżanką, no, zobacz jak płacze”, „Bądź dobrą siostrą, ona jest malutka, pozwól jej pobawić się twoim misiem”. „Podziel się”… Z siostrą, bratem, z koleżanką, z obcym dzieckiem w piaskownicy. Chcemy żeby nasze dzieci, wnuki, były wspaniałomyślne, empatyczne i lubiane. Powtarzamy więc słowa zachęty, wierząc, że robimy coś dobrego. Wierząc, że w ten sposób uczymy nasze dzieci właśnie tego: empatii, dobrego funkcjonowania w grupie.

To zrozumiałe, przecież potrzeba przynależności, to jedna z podstawowych ludzkich potrzeb i wypływa z niej chęć dbania o wspólnotę. Bycie w grupie, głęboko w naszej podświadomości, oznacza większe szanse na szczęście i przeżycie. Bycie wykluczonym przeraża. W sytuacji konfliktu, boimy się, że dziecko, które nie będzie dzieliło się z innymi, przestrzegało zasad społecznych, nie będzie lubiane. Zdarza się też, że po prostu potrzebujemy chwili „świętego spokoju”, bez kłótni, bez negocjacji. To zrozumiałe.

Czasem też zależy nam na wizerunku dobrego rodzica, którego dziecko zna zasady społecznego funkcjonowania. Nakłaniamy więc dzieci do… No właśnie, do czego? Do dobroci, czy raczej do zaprzeczania samemu sobie?

Coraz wyraźniej przebija się głos specjalistów zajmujących się rozwojem człowieka, przekonujący, że takie zachowania jak wymuszone dzielenie się, przepraszanie, witanie itp. nie sprzyjają rozwojowi naszych dzieci. Jest bowiem coś o wiele ważniejszego, co wtedy tracą: kontakt z samym sobą. Kontakt ten jest podstawą naszej egzystencji, busolą, dzięki której możemy nie pogubić się pośród wielu życiowych wyborów. To podstawa wiedzy „kim jestem”, gdzie leżą moje granice. Czy chcę się dzielić, czy nie.

Koncepcja ta jest dość nowa, ponieważ kiedyś w społeczeństwie liczyło się przede wszystkim posłuszeństwo i współpraca na rzecz wspólnoty. Przestrzeganie reguł społecznych gwarantowało przetrwanie. Indywidualne potrzeby jednostki schodziły na dalszy plan. Tak zostaliśmy w większości wychowani. W dodatku wychowani najczęściej przy użyciu środków takich jak: zastraszanie, zawstydzanie, szantaż – czyli przemoc. Oznacza to, że, podejmując trud wychowywania naszych dzieci w poszanowaniu ich granic, musimy cofnąć się do własnego dzieciństwa i również siebie niejako „wychować” na nowo. Zagoić rany. Przemoc nazwać przemocą. Zobaczyć co nam uczyniła i na nowo odkryć kim jesteśmy, co lubimy, na co się zgadzamy, co jest dla nas ważne. Nasze dzieci zapraszają nas w podróż, byśmy na nowo poznali samych siebie. Usłyszeli swój prawdziwy głos.

Zastraszanie, zawstydzanie, szantaż – także lanie – to metody na krótką metę skuteczne. Jednak po pierwsze z czasem trzeba je eskalować, a po drugie niszczą naszą relację z dzieckiem. Co więcej – i może to jest najgorsze – zmuszają dziecko, żeby oddzieliło się od siebie, od swojej prawdy. Aby odłożyło swoje emocje na bok i oszukiwało. Wymuszone „przepraszam” pozostawia przecież zadrę w sercu. Łopatka dana komuś na siłę, bo mam być „miła”, uczy zaprzeczać sobie, swoim prawdziwym uczuciom. Skoro bycie „miłą”, „grzeczną” jest tak ważne dla opiekunów, dziecko będzie się starało z całych sił, co chwila zawodząc, bo wiadomo: emocje najczęściej biorą w dzieciach górę. Narastają konflikty. Po kilku latach takiego treningu, dziecko coraz mniej rozumie swoje uczucia, coraz lepiej uczy się za to spełniać oczekiwania innych. Traci wewnętrzną busolę.

W wychowaniu warto przyjmować czasem dłuższą perspektywę. Tu i teraz, kiedy dwoje dzieci krzyczy i bije się o łopatkę, wolę mieć spokój, wolę żeby dziecko się podzieliło i problem był „rozwiązany”. W dalszej perspektywie chcę wychować człowieka, który potrafi asertywnie stawiać granice. Który nie czuje się winny mówiąc „nie”.

Oczywiście – moim celem nie jest uczenie dziecka, by się NIE dzieliło. Dzieci uczą się przede wszystkim przez naśladowanie i jeśli widzą opiekunów, którzy mówią „przepraszam”, „dziękuję”, „dzień dobry”, w zdrowy sposób pomagają innym, ustępują w autobusach miejsca starszym itd., one też się zaczną to robić. Może trochę później niż byśmy sobie tego życzyli, ale za to nie tracąc po drodze siebie.

Bliski jest mi nurt w psychologii, w którym człowieka traktuje się jako z gruntu dobrego. Kogoś, kogo wystarczy wspierać w rozwoju i odkrywaniu jego potencjału, zamiast na każdym kroku upominać i szlifować. Oznacza to, że jako rodzic staram się działać nie z pozycji lęku, a z pozycji zaufania. I to zaufanie staje się podstawą mojej relacji z dziećmi. Kocham je, towarzyszę im z ciekawością i otwartością, wspieram, ufając, że postępują najlepiej jak potrafią na drodze stawania się coraz dojrzalszymi, coraz pełniejszymi, najlepszymi jakimi mogą być wersjami siebie. Ufam, że jeśli moje dziecko nie chce podzielić się łopatką z koleżanką, ma do tego powód i prawo.

Szanując tę decyzję, wspieram je. Staram się być też uważna na prośby, bym nie wchodziła bez pukania, nie brała na ręce, kiedy nie chcą, nie dysponowała ich własnością, bez ich wiedzy. Działa to w dwie strony, ponieważ im dzieci są starsze, tym częściej również ja wymagam poszanowania przez nie moich granic. Kiedy jestem zmęczona, proszę  o ciszę. Nie mogłam wymagać od noworodka, by szanował mój sen, ale od starszych dzieci mogę. Dzieci uczą się empatii właśnie stopniowo dowiadując się, że mama, tata, inni ludzie, też są ludźmi i mają granice.

Zmęczona mamo – usiądź i poproś o herbatę.

Tato, którego boli głowa, ogłoś półgodzinną strefę ciszy na drzemkę.

Nie udawajmy robotów. Pozwólmy dzieciom realizować ich naturalną chęć wnoszenia do rodziny swojego wkładu: pomocy na miarę ich możliwości.

Najtrudniejszym uczuciem, z którym musiałam się zmierzyć jako matka, długo była zazdrość. Zazdrość, że moje dzieci mogą w większym stopniu niż ja zachować naturalny kontakt ze sobą, że mają przestrzeń na wyrażanie swoich uczuć, bezpieczeństwo bycia sobą. Jednak uznanie ich prawa do równej godności, własnych granic, poszanowanie ich integralności, sprawiło, że z czasem ja też uczę się coraz bardziej uznawać swoją integralność. Nawiązuję coraz lepszy kontakt ze sobą. Odzyskuję pewność, jasność, poczucie własnej wartości, tak mocno powiązane z wiedzą „kim jestem”. Odwaga bycia autentycznym, uznanie siebie i bycie „w prawdzie” to podstawa naszego zdrowia psychicznego.

Katarzyna Gałązka, trenerka Familylab, autorka bloga wrownowadze.blogspot.com

© fundacja Kosmos dla Dziewczynek 2017 - wszelkie prawa zastrzeżone. Strona stworzona przez: Nextima.pl

0